AKT 2 Roman Nowicki: Czego się najbardziej bałem? Bałem się tego, że nikt nie przyjedzie. Że przygotowujemy festiwal, na którym nikt się nie zjawi. Organizacyjnie się udało. Wszyscy pracowali ciężko, z zaangażowaniem. Ale bałem się, że festiwalem zainteresuje się tylko garstka osób.Piątek, popołudnie. Pierwszy dzień festiwalu. Dostaliśmy zielone koszulki z logo imprezy, które dumnie nosimy. Na małej scenie trwają odczyty poetów i pisarzy, a na dużej folkowe występy. Miasteczko namiotowe się rozrasta. Na obrzeżach pól, w cieniu drzew lub samochodów rozłożyły się piknikujące rodziny. Są całe pokolenia: babcie, dziadkowie, rodzice, ciotki, wujkowie, dzieciaki w każdym wieku. Piją kompoty, kwas, za ciepłą wódkę. Na małych ogniskach dopiekają się kawałki mięsa, chleba. W plastikowych woreczkach bielą się ugotowane na twardo jajka. Pani Maria z Popowicz: Ja to na fortach nie byłam 60 lat. Bo i po co? Ale na festiwal musiałam pójść. Takie wydarzenie! I to u nas, w Popowiczach. Pani Maria ma 83 lata i zawsze nosi chustkę na głowie, która idealnie komponuje się z pastelowymi, kolorowymi sukienkami. Granatowe, czyściutkie trampki wieńczą całość. Takich osób, jak ona na festiwalu było bardzo wiele. Najstarsi mieszkańcy są zainteresowani imprezą w miejscu, o którym każdy wie, ale nikt z wyjątkiem może drobnych złodziejaszków, zbieraczy metalu, nielegalnych emigrantów, czy takich wariatów, jak Roman i chłopacy z Fortu się nie zapuszcza. Widok owiniętych w chustki babcinek i dziadków w spłowiałych garniturach i odświętnych koszulach pod sceną czy zwyczajnie przy drodze, bardziej obserwujących wszystkich i wszystko niż aktywnie biorących udział, ale z uśmiechami na twarzach i pojawiającym się w ich głosach, tym specyficznym poczuciem dumy, gdy mówili o „naszych fortach” były dla mnie jednym z najbardziej pozytywnych motywów festiwalu. Piątek, późny wieczór. Las tuż przed Fortem VI, najbardziej oddaloną częścią ukraińskich fortów. Grzęznąc w błocie, oświetlając czarną jak smoła noc zbyt małą ilością latarek, przeklinając i próbując chronić głowy przed deszczem (a skoordynowanie tego wszystkiego wcale łatwe nie było) zmierzamy na iluminację świetlną przygotowaną przez jednego z artystów.Rodzaj jaskini, która utworzyła się po zawaleniu się części konstrukcji. W jaskini małe ognisko ledwo widoczne, z miejsca, w którym stoimy. My, czyli widownia, czyli wolontariusze i artyści. Całość oświetlają przymocowane do drzew czerwone reflektory. Czekamy. „To już” szepcze mi w ucho któryś z artystów rozbawionym głosem. „Co już?” pytam inteligentnie. „Iluminacja. To właśnie to, na co patrzysz”. Efekt był rzeczywiście ciekawy, szczególnie w strugach deszczu lśniącego wśród paproci i leśnej roślinności otaczających jaskinię. Po chwili orientuję się, że zostałam sama wśród chudożników, a cała moja dzielna i najwidoczniej nie dość oblepiona błotem grupa ruszyła śliskim, mlaskającym stromym zboczem ku jaskini. Zapada decyzja, że do małej sceny, czyli Fortu IV nie wracamy tą sama drogą, tylko przechodzimy przez wnętrze fortu, do którego wejście znajdowało się przy ognisku. Chwytając się paproci i skupiając, by nie zostawić trampek w gumowatym błocku, ruszam ku jaskini. Jaskinia, oświetlona ascetycznym ogniskiem z kilku smukłych pali okazuje się niezwykle przytulnym miejscem. Na zewnątrz pada deszcz, intensywnie pachnie las, a my - artyści i wolontariusze oraz kilku ukraińskich organizatorów, czyli największe świry festiwalu ciśniemy się w zrujnowanych fortach z I wojny światowej, popijając piwo, szeleszcząc przeciwdeszczowymi pelerynami i ciesząc się pierwszym dniem imprezy, nad którą wszyscy ciężko pracowaliśmy. Roman Nowicki: Celem festiwalu było ożywić forty, dać im drugie życie. Żeby ludzie poczuli się, jak ci żołnierze wtedy. Żeby poczuli, jak oni tu żyli, jak pracowali, jak urządzali się w fortach i jak walczyli. Gdy zapada decyzja o powrocie do oddalonej o około 15 minut piechotą pierwszej sceny, tworzymy gąsienicę, chwytając się nawzajem w pasie i ruszamy w czarną czeluść podziemi. Potykając się o kamienie, zsuwając się po omacku ze zrujnowanych schodów, nie widząc kompletnie nic z wyjątkiem kawałka pleców osoby przed sobą, brniemy naprzód. Wśród pisków, wesołych pokrzykiwań i przekleństw w kilku językach wydostajemy się z fortów i nie zmieniając pozycji ruszamy w dół schodami wykopanymi w leśnym zboczu, które teraz stanowią błotny wodospad. Są chwile, kiedy bariery językowe przestają się liczyć, a liczy się silne ramię i dłoń podana w momencie, gdy zsuwasz się w dół, liczy się użyczona latarka, czy mocny chwyt w pasie, gdy traci się równowagę. Są chwile, kiedy przestają się liczyć buty, które są tak brudne, że nie można rozpoznać ich koloru, włosy tak mokre, że aż ciężkie, a ręce obtarte od chwytania cegieł i gałęzi. Liczy się tylko moment, kiedy już bezpiecznie przemierza się las, rozpoczyna dyskusję z dotychczas obcą osobą, która maszeruje obok albo po prostu podąża się w ciemności za bezpiecznym światłem latarki osoby przed sobą. Takie właśnie chwile przeżywaliśmy tej piątkowej nocy. Ukraińcy często opowiadają o „ekstrimie”, którego jak się potem dowiedziałam namiastkę zafundowali nam tego dnia. Dla mnie jednak nocny rajd po fortach; najpierw w lesie wśród komarów i błota, potem wewnątrz zimnych i wilgotnych bunkrów, a następnie po wąskich ścieżkach między jego budynkami, wśród roześmianych, czasem trochę przestraszonych ludzi, którzy spędzili tydzień pracując na jego murach był dokładną realizacją jego „ożywienia”. Elektroniczna impreza na małej scenie, gdzie występują DJ-e i DJ-ki z Ukrainy i Polski idealnie wieńczy pierwszy dzień naszego festiwalu. |
||||||||





